W tv widzę, że znowu może dojść do uzbrajania rebels, tym razem w Libii. Ktoś zarobii, a Stany jakoś nie mogą się nauczyć, że z tej broni, lub z nowej, ale z tego samego ruchu politycznego, potem strzelają do amerykańskich żołnierzy.
Stanowczo bardziej podoba mi się rozbrajanie krajów, niż uzbrajanie.
Gdy się dostarcza broni, to się niszczy ruch demokratyczny. Władzę będą mieli uzbrojeni, ci od celowania w przeciwników, i nie będzie to opozycja demokratyczna. Po zdemilitaryzowaniu mieliby szansę do głosu dojść pokojowo nastawieni, którzy nie posługują się przemocą militarną, skierowaną przeciwko własnemu społeczenstwu.
A politycy, szczególnie administracja Obamy - sam Obama! - dalej plączą się, i to jak! Wypowiedzi Obamy są niepoważnie ad hoc. Jakby myślał tylko o bieżących 5 minutach. Hillary Clinton nie jest lepsza. Nie nadają się do swojej obecnej pracy.
Sytuacja jest skomplikowana, trudna, ale na dodatek dochodzi beznadziejność administracji. Sporo się Obamie samo udało, przypadkiem, po czym zalewa, robi wrażenie, jakby tak wlaśnie sobie to wymyślił - żałosne. Ciekawe, czy siebie nabiera.
Najpierw Obama odwrócił się plecami do opozycji w Iranie. Teraz od opozycji w Syrii, która jest kluczowa. On kocha dawne czasy Zimnej Wojny, kiedy to "Wielcy" konferowali. On chce konferować z bandytami irańskimi i syryjskimi, on nie chce pomagać prawdziwie demokratycznej opozycji. Woli Arabskie Braterstwo. Nikt go o to braterstwo z potencjalnymi lub aktualnymi terrorystami i podobnymi nie pytał. Sam z siebie Obama przyznawał im prawo do uczestniczenia w rządzie.
Wednesday, March 30, 2011
Tuesday, March 29, 2011
Strefy zdemilitaryzowane. Dyskusja w buzzie.
Niniejszy blog Polityka 2011++ jest podłączony do buzza. Poprzednią notę Strefy zdemilitaryzowane dałem, żeby zapoczątkować konstruktywną, a przynajmniej fair dyskusję. Temat jest ważki. Spodziewałem się, że oczywiście uczestnicy buzzu sami domyślą się, jaki kraj miałem na oku w pierwszej kolejności, przecież podpowiadałem. Myślałem, że uczestnicy domyślą się sami znacznie więcej. Przecież podałem kontekst, przecież temat jest dla szeregu buzzowców ważny(?) - Ha-ha! :-)
Specjalnie nie rozpisywałem się na temat komplikacji propozycji. Wiadomo, że w złożonych sytuacjach dwoma słowami (jak "strefa zdemilitaryzowana") wszystkiego do końca się nie załatwi. Chciałem pozytywnego wkładu innych.
Przypomnę dwa punkty z tła, które podałem wcześniej (teraz wystąpią jako punkt 1 oraz 4), i explicite wstawię między nie uzupełnienie, które powinno było być oczywiste; o punkcie 3 - dyskutowanym w świecie - mówiło się wcześniej (@AS) także na buzzie.
Idea stref zdemilitaryzowanych, mimo że wymaga dalszych przemyśleń, jest strategiczną odpowiedzią. Kraje, w których tyran używa armii przeciwko cywilom, jak w Libii, powinny być zdemilitaryzowane. Zacząć należy od Libii. W ten sposób akcja militarna nabiera sensu, staje się cenna. Ktokolwiek zdobędzie władzę w Libii, będzie miał ograniczone możliwości kontynuowania jatki ludności cywilnej.
Wprowadzając strefę zdemilitaryzowaną w Libii, sprzyja się libijskiej demokracji.
Najpierw wypowiedział się w dyskusji @TP. Negatywnie, ale fair. Wspomniał oczywiście o wojnach plemiennych, i o masowych mordach maczetami. Słusznie, warto to przemyśleć. Idei strefy to nie przekreśla. Demilitaryzacja wciąż jest lepsza niż uzbrojenie + maczety. Wspomniał też kontrowersyjnie o Turcji (gdzie co roku dla tak zwanego honoru rodzinnego mordują rocznie kilkaset kobiet, jak w szeregu innych krajów muzułmanskich), gdzie jakoby jest raj dzięki armii (nie cytuję, lecz przesadzam :-). Turcję na razie pomijam w tej dyskusji (wiem za mało).
Ponadto @TP wyraził opinię, że demilitaryzacja oznacza kolonizację zdemilitaryzowanego kraju. Zaprzeczyłem, a jako kontrprzykłady podałem Japonię i Niemcy Zachodnie po Drugiej Wojnie. Tu włączył się @VH, twierdząc, że Japonia i Niemcy były koloniami (z góry przyznając, że Stany pomogły tym dwóm krajom odbudować się).
Słów w dyskusji używa się w pewnym kontekście. W danym wypadku "kolonię" wprowadził @TP, jako zjawisko negatywne (zwłaszcza dla skolonizowanego kraju). Więc jaki cel miał @VH, żeby tak zamącić? Sami odpowiedzcie (i @VH w swoim sumieniu, jeżeli takowe posiada :-). W każdym razie macie przykład niszczenia dyskusji. Dodam, że kto przeszedł solidny naukowy trening, ten ma odruchową dyscyplinę, żeby takich błędów unikać, w ogóle mu nie wpadają do głowy. A gdy takie mącenie jest wykonane z premedytacją, niespowodowane głupotą, to jest wysoce nieetyczne, haniebnie. Na ogół występuje mieszanina powodów.
Podobny błąd braku dyscypliny trzymania się ustalonego kontekstu (lub uczciwego zaznaczenia, że się go zmienia - bo trzeba jasno zaznaczyć, zamiast tworzyć wrażenie, że inny duskutant nie ma racji) wystąpił w buzzie szereg razy u innych uczestników, i w ogóle jest częstym błędem lub nieuczciwym szkodnictwem w wielu dyskusjach.
Specjalnie nie rozpisywałem się na temat komplikacji propozycji. Wiadomo, że w złożonych sytuacjach dwoma słowami (jak "strefa zdemilitaryzowana") wszystkiego do końca się nie załatwi. Chciałem pozytywnego wkładu innych.
UWAGA Jakże niezmiernie rzadko ludzie podaną pod dyskusję ideę uzupełniają, modyfikują, doskonalą. Odruch większości, to utopić pomysłodawcę w łyżce wody :-) Dlatego, gdy ktoś do dyskusji wniesie coś nowego, to pamiętam długo (kiedyś bym powiedział, że na zawsze; dziś moja pamięć już nie ta), i zawsze z wdzięcznością.
Przypomnę dwa punkty z tła, które podałem wcześniej (teraz wystąpią jako punkt 1 oraz 4), i explicite wstawię między nie uzupełnienie, które powinno było być oczywiste; o punkcie 3 - dyskutowanym w świecie - mówiło się wcześniej (@AS) także na buzzie.
- Politycy, komentatorzy, wojskowi - wszystkim brakuje jasnego spojrzenia na sytuację w krajach arabskich i muzułmanskich, w szczególności w Libii. Administracja Obamy jest tak zapętlona, że Hilary Clinton użyła zwrotu "Let me make it clear", a potem sam Obama: "Let me be clear". Nie ma to jak nadmiar clarity.
- Jednym z dwóch głównych zarzutów pod adresem Obamy jest zaangażowanie sił zbrojnych USA bez postawienia jasno zdefiniowanego celu (drugim zarzutem jest sprzeczne z konstytucją amerykańską zlekceważenie Kongresu amerykańskiego). Gdy chodzi o konkretne akcje, to skoro nie było mądrych, to i Obamy nie ma co się czepiać. Dopiero ostatnio słyszę, że pouczają Obamę, mówiąc mu to co Wam mówiłem, że jeżeli, to należało akcję militarną przeprowadzić 3-4 tygodnie wcześniej (mówiłem o miesiącu)
- Troska: kto zajmie miejsce Gadaffiego?
- Strefy bezatomowe nie działają - kraje bandyckie tylko się z nich naigrywają, mimo że niektóre podpisały układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej.
Idea stref zdemilitaryzowanych, mimo że wymaga dalszych przemyśleń, jest strategiczną odpowiedzią. Kraje, w których tyran używa armii przeciwko cywilom, jak w Libii, powinny być zdemilitaryzowane. Zacząć należy od Libii. W ten sposób akcja militarna nabiera sensu, staje się cenna. Ktokolwiek zdobędzie władzę w Libii, będzie miał ograniczone możliwości kontynuowania jatki ludności cywilnej.
Wprowadzając strefę zdemilitaryzowaną w Libii, sprzyja się libijskiej demokracji.
Najpierw wypowiedział się w dyskusji @TP. Negatywnie, ale fair. Wspomniał oczywiście o wojnach plemiennych, i o masowych mordach maczetami. Słusznie, warto to przemyśleć. Idei strefy to nie przekreśla. Demilitaryzacja wciąż jest lepsza niż uzbrojenie + maczety. Wspomniał też kontrowersyjnie o Turcji (gdzie co roku dla tak zwanego honoru rodzinnego mordują rocznie kilkaset kobiet, jak w szeregu innych krajów muzułmanskich), gdzie jakoby jest raj dzięki armii (nie cytuję, lecz przesadzam :-). Turcję na razie pomijam w tej dyskusji (wiem za mało).
Ponadto @TP wyraził opinię, że demilitaryzacja oznacza kolonizację zdemilitaryzowanego kraju. Zaprzeczyłem, a jako kontrprzykłady podałem Japonię i Niemcy Zachodnie po Drugiej Wojnie. Tu włączył się @VH, twierdząc, że Japonia i Niemcy były koloniami (z góry przyznając, że Stany pomogły tym dwóm krajom odbudować się).
Słów w dyskusji używa się w pewnym kontekście. W danym wypadku "kolonię" wprowadził @TP, jako zjawisko negatywne (zwłaszcza dla skolonizowanego kraju). Więc jaki cel miał @VH, żeby tak zamącić? Sami odpowiedzcie (i @VH w swoim sumieniu, jeżeli takowe posiada :-). W każdym razie macie przykład niszczenia dyskusji. Dodam, że kto przeszedł solidny naukowy trening, ten ma odruchową dyscyplinę, żeby takich błędów unikać, w ogóle mu nie wpadają do głowy. A gdy takie mącenie jest wykonane z premedytacją, niespowodowane głupotą, to jest wysoce nieetyczne, haniebnie. Na ogół występuje mieszanina powodów.
Podobny błąd braku dyscypliny trzymania się ustalonego kontekstu (lub uczciwego zaznaczenia, że się go zmienia - bo trzeba jasno zaznaczyć, zamiast tworzyć wrażenie, że inny duskutant nie ma racji) wystąpił w buzzie szereg razy u innych uczestników, i w ogóle jest częstym błędem lub nieuczciwym szkodnictwem w wielu dyskusjach.
Monday, March 28, 2011
Strefy zdemilitaryzowane
Zauważmy, że
Dla mnie jasnym jest, że należy krok po kroku wprowadzać strefy zdemilitaryzowane. Zdemilitaryzowane kraje będą się miały lepiej ekonomicznie i politycznie. Więc cały świat bedzie miał się lepiej. Zdemilitaryzowany kraj byłby pod opieką NATO, które sprawę traktowałoby śmiertelnie poważnie, tak że nikt by nie śmiał napaść na kraj zdemilitaryzowany.
Zdemilitaryzowane kraje siłą rzeczy nie będą mogły być tyraniami w stopniu obecnych, opierających się na armii. Demilitaryzacja byłaby traktowana serio. Uzbrojenie policji byłoby mocno ograniczone, i nawet jej liczebność.
Otwartym problemem jest ochrona przed terrorystami, w tym ochrona granic kraju.
Dziwił mnie w ostatnich tygodniach zabidzony wyraz buzi Obamy. Zaginął zadowolony wyraz zdolnego-dowcipnego ucznia, który właśnie otrzymał B- z wypracowania. Chyba po raz pierwszy dociera do niega waga jego decyzji, oraz konsekwencji lekceważenia Stanów Zjednoczonych. Tym razem przesolił. Nie chodzi o słuszność samych decyzji w trudnej sytuacji politycznej, lecz o machinalną, rutynową arogancję, z którą zlekceważył amerykański Kongres. Nie sądzę, żeby doszło do impeachment procedury, ale kupa polityków, łącznie z demokratami, o tym mówi, z reguły zastrzegając się, że do tego nie dojdzie, itp. Jednak mówią o problemie serio. W końcu politycy - na przykład kongresmani - nie lubią, gdy odbiera się im autorytet. I to Obama dobrze rozumie, jak widać po jego walce z amerykańskimi stanami właśnie o władzę, o autorytet.
- Nie ma dziś mądrych, gdy chodzi o sytuację w krajach muzułmańskich/arabskich. Na przykład znany "konserwatysta" Newt Gingrich (który kiedyś zawziął się na Billa Clintona w kwestii seksualnej, a sam akurat zdradzał swoją żonę) tak samo składał sprzeczne oświadczenia na temat Libii, jak Obama i spółka.
- Podpisany przez większość członków ONZ układ o nierozprzestrzenianu broni atomowej jest satyrą. Szereg krajów, które absolutnie nie powinny mieć dostępu do broni atomowej (przede wszystkim Francja :-), od dawna mają, niezależnie od złożenia podpisu lub nie. A ostatnio weszła w posiadanie broni Korea Północna, oraz Iran jest na krawędzi tego niepożądanego "sukcesu" (co prawda daleka jest droga od brzegu pucharu do ust).
Dla mnie jasnym jest, że należy krok po kroku wprowadzać strefy zdemilitaryzowane. Zdemilitaryzowane kraje będą się miały lepiej ekonomicznie i politycznie. Więc cały świat bedzie miał się lepiej. Zdemilitaryzowany kraj byłby pod opieką NATO, które sprawę traktowałoby śmiertelnie poważnie, tak że nikt by nie śmiał napaść na kraj zdemilitaryzowany.
Zdemilitaryzowane kraje siłą rzeczy nie będą mogły być tyraniami w stopniu obecnych, opierających się na armii. Demilitaryzacja byłaby traktowana serio. Uzbrojenie policji byłoby mocno ograniczone, i nawet jej liczebność.
Otwartym problemem jest ochrona przed terrorystami, w tym ochrona granic kraju.
Dziwił mnie w ostatnich tygodniach zabidzony wyraz buzi Obamy. Zaginął zadowolony wyraz zdolnego-dowcipnego ucznia, który właśnie otrzymał B- z wypracowania. Chyba po raz pierwszy dociera do niega waga jego decyzji, oraz konsekwencji lekceważenia Stanów Zjednoczonych. Tym razem przesolił. Nie chodzi o słuszność samych decyzji w trudnej sytuacji politycznej, lecz o machinalną, rutynową arogancję, z którą zlekceważył amerykański Kongres. Nie sądzę, żeby doszło do impeachment procedury, ale kupa polityków, łącznie z demokratami, o tym mówi, z reguły zastrzegając się, że do tego nie dojdzie, itp. Jednak mówią o problemie serio. W końcu politycy - na przykład kongresmani - nie lubią, gdy odbiera się im autorytet. I to Obama dobrze rozumie, jak widać po jego walce z amerykańskimi stanami właśnie o władzę, o autorytet.
Friday, March 25, 2011
Szkoły kilkuosiedlowe
W szkołach publicznych nikomu nie zależy na uczeniu. Jednym zależy na pensji, innym na polityce, itd. W Stanach szkoły opanowały unie, i wtedy sytuacja nauczyciela w szkole zależy od stażu przynależenia do unii, a nie od tego jak uczy. I tak nikt nie wie, co to znaczy "dobrze uczyć", poza trywialnościami, jak przyjdź do klasy na czas, nie opuszczaj lekcji, itd.
Prywatnej szkole zależy na dobrych wynikach, by przyciągać biznes. Prywatna szkoła dobrze wie, kiedy dobrze uczy - mianowicie, kiedy dobrze zarabia, co na dłuższą metę jest dobrym przybliżeniem dobrego uczenia.
Wpadła mi do głowy jedna więcej biznesowa idea, więc w ramach brainstorming podzielę się nią.
Właściciele kilku sąsiednich osiedli powinni z korzyścią dla siebie zafundować szkołę. Kontrolowaliby ją, ale zależałoby im na wysokim poziomie szkoły, bo taka szkoła przyciągałaby rodziny, wynajmujące dla siebie mieszkania. Właściciele mogliby mieszkańcom swoich osiedli dawać 20% zniżki za opłatę szkolną ich dzieci, chodzących do osiedlowej szkoły (rodzice spoza osiedli płaciliby za naukę swojego dziecka w osiedlowej szkole więcj niż rodzice, którzy mieszkaliby na jednym z osiedli).
Decydującym warunkiem powodzenia byłoby istnienie konkurencji. Szkoła osiedlowa nie powinna monopolizować nauczania dzieci w swoim rejonie. W zdrowym systemie politycznym, słaba szkoła osiedlowa prowokowałaby do założenia szkół konkurencyjnych lub konkurencyjnego sposobu nauczania - powiedzmy kilka rodzin wynajmowałoby nauczyciela dla grupki swoich dzieci, oraz uczyliby sami rodzice (podoba mi się taki system, gdy znajdą się odpowiedni nauczyciele-amatorzy wśród rodziców).
To tyle w skrócie. Zawsze powinno być w takich działalnościach miejsce na lokalną filantropię, czynioną z otwartymi oczami.
Prywatnej szkole zależy na dobrych wynikach, by przyciągać biznes. Prywatna szkoła dobrze wie, kiedy dobrze uczy - mianowicie, kiedy dobrze zarabia, co na dłuższą metę jest dobrym przybliżeniem dobrego uczenia.
Wpadła mi do głowy jedna więcej biznesowa idea, więc w ramach brainstorming podzielę się nią.
Właściciele kilku sąsiednich osiedli powinni z korzyścią dla siebie zafundować szkołę. Kontrolowaliby ją, ale zależałoby im na wysokim poziomie szkoły, bo taka szkoła przyciągałaby rodziny, wynajmujące dla siebie mieszkania. Właściciele mogliby mieszkańcom swoich osiedli dawać 20% zniżki za opłatę szkolną ich dzieci, chodzących do osiedlowej szkoły (rodzice spoza osiedli płaciliby za naukę swojego dziecka w osiedlowej szkole więcj niż rodzice, którzy mieszkaliby na jednym z osiedli).
Decydującym warunkiem powodzenia byłoby istnienie konkurencji. Szkoła osiedlowa nie powinna monopolizować nauczania dzieci w swoim rejonie. W zdrowym systemie politycznym, słaba szkoła osiedlowa prowokowałaby do założenia szkół konkurencyjnych lub konkurencyjnego sposobu nauczania - powiedzmy kilka rodzin wynajmowałoby nauczyciela dla grupki swoich dzieci, oraz uczyliby sami rodzice (podoba mi się taki system, gdy znajdą się odpowiedni nauczyciele-amatorzy wśród rodziców).
To tyle w skrócie. Zawsze powinno być w takich działalnościach miejsce na lokalną filantropię, czynioną z otwartymi oczami.
Wednesday, March 23, 2011
Aroganccy cynicy
Przyznaję bez bicia, że niniejszą notkę blogową napisałem ze względu na tytuł, na zawartą w nim aliterację czy co tam. Mniam-mniam.
Powszechną świadomość lekceważą między innymi:
Wysoko zawsze cenili i wszelkimi dostępnymi metodami tępili powszechną świadomość:
Ruch Martina Luther Kinga odniósł sukces, gdyż zaistniała akurat wtedy publiczna telewizja, dzięki czemu miliony Amerykanów zobaczyło, z jaką brutalnością potraktowano Murzynów. To zmieniło powszechną świadomość.
Dlatego tyrani zawsze dbali o trzymanie ludzi w ignorancji, o niedopuszczanie do ludzi informacji. Dlatego na przykład taką wagę przykładali do cenzury. Podobnie odcinają od informacji swoich podwładnych manipulatywni managerowie. Jak mogą, tak przecinają wszelkie ścieżki komunikacyjne. Jest to niestety normą, a w Stanach managerów takich rzeczy uczą na managerskich kursach (mimo, że wielu ma umiejętność takich sztuczek wrodzoną, po czym wciąż praktykują).
Nawet światły król Batory na cenzurę zwracał uwagę ostro (ścinał głowy za karę, a w każdym razie karał śmiercią).
Niezwykle ważnym jest, żeby międzynarodowa organizacja, która ma się za światłą, miała zasadę (przepis), że pełna informacja, którą produkuje (sprawozdania z zebrań, itd itd itd - wszystko), jest łatwo dostępna dla wszystkich zamieszkujących członkowskie kraje (dostępna w kioskach z prasą, w księgarniach, bibliotekach i na Internecie). W przeciwnym wypadku taka organizacja służy jedynie tyranom i rządom biurokratycznym, a nie Ludziom.
Powszechną świadomość lekceważą między innymi:
- wyznawcy spiskowych teorii;
- aroganccy cynicy;
- ludzie naiwni.
Wysoko zawsze cenili i wszelkimi dostępnymi metodami tępili powszechną świadomość:
- tyrani
- manipulatywni managerowie
- itd.
Ruch Martina Luther Kinga odniósł sukces, gdyż zaistniała akurat wtedy publiczna telewizja, dzięki czemu miliony Amerykanów zobaczyło, z jaką brutalnością potraktowano Murzynów. To zmieniło powszechną świadomość.
Dlatego tyrani zawsze dbali o trzymanie ludzi w ignorancji, o niedopuszczanie do ludzi informacji. Dlatego na przykład taką wagę przykładali do cenzury. Podobnie odcinają od informacji swoich podwładnych manipulatywni managerowie. Jak mogą, tak przecinają wszelkie ścieżki komunikacyjne. Jest to niestety normą, a w Stanach managerów takich rzeczy uczą na managerskich kursach (mimo, że wielu ma umiejętność takich sztuczek wrodzoną, po czym wciąż praktykują).
Nawet światły król Batory na cenzurę zwracał uwagę ostro (ścinał głowy za karę, a w każdym razie karał śmiercią).
Niezwykle ważnym jest, żeby międzynarodowa organizacja, która ma się za światłą, miała zasadę (przepis), że pełna informacja, którą produkuje (sprawozdania z zebrań, itd itd itd - wszystko), jest łatwo dostępna dla wszystkich zamieszkujących członkowskie kraje (dostępna w kioskach z prasą, w księgarniach, bibliotekach i na Internecie). W przeciwnym wypadku taka organizacja służy jedynie tyranom i rządom biurokratycznym, a nie Ludziom.
Libijski luty/marzec 2012
Dziedziny działalności ludzkiej maja swój język, który pozwala je opisywać, dyskutować, formułować decyzje (akcje, "rozwiązania", ...). Czy się chce czy nie, dla każdej szerszej i zaawansowanej dziedziny musi powstać jej język. Niestety, tenże język często jest pułapką-więzieniem intelektualnym, ograniczającym zrozumienie, ograniczającym wyobraźnię, skazującym na same złe rozwiązania, uniemożliwiającym znalezienie rozwiązania adekwatnego.
Raz jeszcze stało się jasnym w ostatnim okresie, że traktowanie polityki jako gry w klocki zwane państwami jest podstawowym błędem, o którym traktuje paragraf powyżej. Język "klocków" powinien być odrzucony. Powinien być zastąpiony językiem traktującym dobro ludzi, a nie abstrakcyjne, fikcyjne dobro państw.
Ludzie żyjący w krajach demokratycznych raz na zawsze powinni przyjąć, a nawet wstawić to do swoich konstytucji, że będą traktować ludzi innych krajów tak samo jak siebie. Wynikać ma stąd, że rządy krajów demokratycznych mają liczyć się nie z rządami krajów autokratycznych i totalitarnych, lecz z ludnością takich krajów. Rządy demokratyczne mają obowiązek traktować dyktatorów i ich otoczenie tak jak oni na to zasługują, czyli jak kryminalistów. Itd. Taki stosunek do ludzi i rządów powinien być kompasem polityki zagranicznej krajów demokratycznych.
Sytuacja w polityce międzynarodowej w tych dniach jest dramatyczna, niejasna, ironiczna, budzi zarówno trwogę jak i nadzieję.
Nie chodzi o tragedię Japonii, która dzielnie reaguje na trzęsienie Ziemi 9.0, tsunami, i na koniec groźne awarie elektrowni atomowej. Oby wyszła z tych doświadczeń silniejsza.
Chodzi o sytuację w krajach arabskich i muzułmańskich, a zwłaszcza o Libię. Ironia polega na tym, że akurat Liga Arabska i Francja - dotąd nie znane z jakiejkolwiek wrażliwości na cierpienia prześladowanych ludzi i działaczy opowiadających się za demokracją - pierwsze wystąpiły o powstrzymanie Gadaffiego, o stworzenie strefy bez lotów (no fly zone), i o wsparcie militarne opozycji. Następnie ONZ wydał rezolucję, uchwalającą strefę bez lotów + użycie wszelkich środków dla zapewnienia bezpieczenstwa ludności cywilnej Libii. ONZ także nałożył sankcje ekonomiczne na Libię, co jest jakimś nonsensem w kontekście sytuacji wymagającej szybkiej reakcji i szybkich skutków. Raczej należy mówić o blokadzie.
Być może już są znane konkretne, explicite, powody, dla których Francja i Liga Arabska wyskoczyła tak nietypowo dla siebie. Jak nie, to chyba będą o tym pisać za miesiąc, za pół roku, za kilka lat, ale mało kto przeczyta. Jasnym jest, że szalony Gaddafi stał się zagrożeniem interesów francuskich i Ligii Arabskiej.
Na koniec wystąpiły Stany, i właśnie Stany mają główny wkład w akcje militarne przeciwko Gaddafiemu. Reakcja Stanów też łączy się z ironią i pewnym chaosem. Gdyby przynajmniej Prezydent Obama i jego administracja (Hillary Clinton, generałowie amerykańscy, ...) mówili mniej, to możnaby jakoś tam mówić o świadomej polityce. Ale mniejsza o wte i we wte paplanie na najwyższym poziomie. Samym akcjom towarzyszą zasadnicze pytania. Przede wszystkim chodzi o czas. Jeżeli w ogóle takie akcje się podejmuje, to krytycznym jest, żeby podjąć je we właściwym momencie. Czasem należy zwlekać, ale w danym przypadku akcja militarna była potrzebna, i miałaby znacznie istotniejszy pozytywny wpływ (i większy efekt militarny), gdyby nastąpiła o miesiąc wcześniej.
Istnieje też niezwykle ważny aspekt łączenia polityki zagranicznej i wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. Siła tego połaczenia opiera się na tym, że prezydent proponuje swoje rozwiązania, a ratyfikuje je Kongres USA. W przeszłości prezydenci amerykańscy naruszali tę zasadę więcej niż raz. Tym razem naruszył ją obecny prezydent, i to demonstracyjnie, bo jakby się słuchał ONZu, zamiast konsultować z amerykańskim Kongresem. Z pwodu tego rażącego naruszenia amerykanskiej konstytucji, szereg kongresmanów, w tym demokraci, rozpatrują - raczej teoretycznie, ale poważnie - możliwość impeachment Obamy. Wspomnę, że (jeden z) najbardziej znany(ch) libertarianów amerykańskich uważa stanowczo, że wszelkie amerykańskie akcje militarne, nie będące odpowiedzią na militarny atak na Stany, są szkodliwe i wbrew konstytucji Stanów, a szczególnie gdy prowadzone są bez uprzedniej zgody Kongresu. Raz jeszcze Obama pokazał, że bardziej się liczy z autokratami trzeciego świata, niż ze swoim krajem. Jest to jedna więcej ironia, bo sprawy ułożyły się całkiem nieźle po linii jego polityki, co w innych warunkach mógłby uznać za swój osobisty sukces (nawet jeżeli tylko przypadkowo akurat tak się stało, a nie inaczej, bez żadnego przewidzenia rozwoju wypadków).
Z tym impeachment Obamy w kontekście Libii to też satyra, bo to przewinienie-nie przewinienie jest pestką w porównaniu z innymi, jednoznacznie i poważnie szkodliwymi. A tu na dodatek wciąż nie widać przekonującego kandydata na zastąpienie Obamy w roku 2012. Niby prawie nigdy nie widać, ale to słaba pociecha, jak i to że trudno już o gorszego, niszczącego Stany prezydenta. Co prawda, gdyby Obama został ponownie wybrany, to Republikanie zawładnęliby obiema izbami, i demokracja dalej jakoś tam mizernie, ale człapałaby sobie.
Niepokój budzi możliwość zwiększenia wpływów organizacji terrorystycznych. W taką otwarcie może się przekształcić na przykład Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, które dziś taktycznie odstawia niewiniątków. Drastycznym i źle wróżącym alarmem był bestialski gwałt dokonany przez egipski motłoch opozycyjny (zdawałoby się demokratyczny) na reporterce amerykańskiej.
Z drugiej strony nie widzę w tv, żeby tłumy miały nastawienie anty-amerykańskie, żeby wznosiły znacząco hasła anty-izraelskie, ... To może się niestwty zmienić z dnia na dzień, ale mimo wszystko powstaje nadzieja, że coś sie w krajach arabskich i muzułmanskich jednak zmienia, że w większym stopniu zajmują je obecnie sprawy konstruktywne, a nie nienawiść.
Nieco przypadkowo, chaotycznie, ale jednak pomału wykluwa sie wreszcie idea zastąpienia ONZ przez sensowniejszą organizację, w której każdy członek będzie uznawał drugiego (dyplomatycznie i w ogóle). Ironia chce, że staje się tak przypadkowo, z zaskoczenia sytuacją w Libii, i mglistego charakteru akcji militarnej przeciwko Gaddafiemu, w której nie bardzo wiadomo, kto ją prowadzi, pod czyim dowództwem. Istnieje jednak szansa na powstanie swoistej organizacji, znacznie mniejszej od ONZu (i dobrze!), zrzeszającej na początek kraje zachodnie i arabskie.
Raz jeszcze stało się jasnym w ostatnim okresie, że traktowanie polityki jako gry w klocki zwane państwami jest podstawowym błędem, o którym traktuje paragraf powyżej. Język "klocków" powinien być odrzucony. Powinien być zastąpiony językiem traktującym dobro ludzi, a nie abstrakcyjne, fikcyjne dobro państw.
Ludzie żyjący w krajach demokratycznych raz na zawsze powinni przyjąć, a nawet wstawić to do swoich konstytucji, że będą traktować ludzi innych krajów tak samo jak siebie. Wynikać ma stąd, że rządy krajów demokratycznych mają liczyć się nie z rządami krajów autokratycznych i totalitarnych, lecz z ludnością takich krajów. Rządy demokratyczne mają obowiązek traktować dyktatorów i ich otoczenie tak jak oni na to zasługują, czyli jak kryminalistów. Itd. Taki stosunek do ludzi i rządów powinien być kompasem polityki zagranicznej krajów demokratycznych.
Sytuacja w polityce międzynarodowej w tych dniach jest dramatyczna, niejasna, ironiczna, budzi zarówno trwogę jak i nadzieję.
Nie chodzi o tragedię Japonii, która dzielnie reaguje na trzęsienie Ziemi 9.0, tsunami, i na koniec groźne awarie elektrowni atomowej. Oby wyszła z tych doświadczeń silniejsza.
Chodzi o sytuację w krajach arabskich i muzułmańskich, a zwłaszcza o Libię. Ironia polega na tym, że akurat Liga Arabska i Francja - dotąd nie znane z jakiejkolwiek wrażliwości na cierpienia prześladowanych ludzi i działaczy opowiadających się za demokracją - pierwsze wystąpiły o powstrzymanie Gadaffiego, o stworzenie strefy bez lotów (no fly zone), i o wsparcie militarne opozycji. Następnie ONZ wydał rezolucję, uchwalającą strefę bez lotów + użycie wszelkich środków dla zapewnienia bezpieczenstwa ludności cywilnej Libii. ONZ także nałożył sankcje ekonomiczne na Libię, co jest jakimś nonsensem w kontekście sytuacji wymagającej szybkiej reakcji i szybkich skutków. Raczej należy mówić o blokadzie.
Być może już są znane konkretne, explicite, powody, dla których Francja i Liga Arabska wyskoczyła tak nietypowo dla siebie. Jak nie, to chyba będą o tym pisać za miesiąc, za pół roku, za kilka lat, ale mało kto przeczyta. Jasnym jest, że szalony Gaddafi stał się zagrożeniem interesów francuskich i Ligii Arabskiej.
Na koniec wystąpiły Stany, i właśnie Stany mają główny wkład w akcje militarne przeciwko Gaddafiemu. Reakcja Stanów też łączy się z ironią i pewnym chaosem. Gdyby przynajmniej Prezydent Obama i jego administracja (Hillary Clinton, generałowie amerykańscy, ...) mówili mniej, to możnaby jakoś tam mówić o świadomej polityce. Ale mniejsza o wte i we wte paplanie na najwyższym poziomie. Samym akcjom towarzyszą zasadnicze pytania. Przede wszystkim chodzi o czas. Jeżeli w ogóle takie akcje się podejmuje, to krytycznym jest, żeby podjąć je we właściwym momencie. Czasem należy zwlekać, ale w danym przypadku akcja militarna była potrzebna, i miałaby znacznie istotniejszy pozytywny wpływ (i większy efekt militarny), gdyby nastąpiła o miesiąc wcześniej.
Istnieje też niezwykle ważny aspekt łączenia polityki zagranicznej i wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. Siła tego połaczenia opiera się na tym, że prezydent proponuje swoje rozwiązania, a ratyfikuje je Kongres USA. W przeszłości prezydenci amerykańscy naruszali tę zasadę więcej niż raz. Tym razem naruszył ją obecny prezydent, i to demonstracyjnie, bo jakby się słuchał ONZu, zamiast konsultować z amerykańskim Kongresem. Z pwodu tego rażącego naruszenia amerykanskiej konstytucji, szereg kongresmanów, w tym demokraci, rozpatrują - raczej teoretycznie, ale poważnie - możliwość impeachment Obamy. Wspomnę, że (jeden z) najbardziej znany(ch) libertarianów amerykańskich uważa stanowczo, że wszelkie amerykańskie akcje militarne, nie będące odpowiedzią na militarny atak na Stany, są szkodliwe i wbrew konstytucji Stanów, a szczególnie gdy prowadzone są bez uprzedniej zgody Kongresu. Raz jeszcze Obama pokazał, że bardziej się liczy z autokratami trzeciego świata, niż ze swoim krajem. Jest to jedna więcej ironia, bo sprawy ułożyły się całkiem nieźle po linii jego polityki, co w innych warunkach mógłby uznać za swój osobisty sukces (nawet jeżeli tylko przypadkowo akurat tak się stało, a nie inaczej, bez żadnego przewidzenia rozwoju wypadków).
Z tym impeachment Obamy w kontekście Libii to też satyra, bo to przewinienie-nie przewinienie jest pestką w porównaniu z innymi, jednoznacznie i poważnie szkodliwymi. A tu na dodatek wciąż nie widać przekonującego kandydata na zastąpienie Obamy w roku 2012. Niby prawie nigdy nie widać, ale to słaba pociecha, jak i to że trudno już o gorszego, niszczącego Stany prezydenta. Co prawda, gdyby Obama został ponownie wybrany, to Republikanie zawładnęliby obiema izbami, i demokracja dalej jakoś tam mizernie, ale człapałaby sobie.
Niepokój budzi możliwość zwiększenia wpływów organizacji terrorystycznych. W taką otwarcie może się przekształcić na przykład Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, które dziś taktycznie odstawia niewiniątków. Drastycznym i źle wróżącym alarmem był bestialski gwałt dokonany przez egipski motłoch opozycyjny (zdawałoby się demokratyczny) na reporterce amerykańskiej.
Z drugiej strony nie widzę w tv, żeby tłumy miały nastawienie anty-amerykańskie, żeby wznosiły znacząco hasła anty-izraelskie, ... To może się niestwty zmienić z dnia na dzień, ale mimo wszystko powstaje nadzieja, że coś sie w krajach arabskich i muzułmanskich jednak zmienia, że w większym stopniu zajmują je obecnie sprawy konstruktywne, a nie nienawiść.
Nieco przypadkowo, chaotycznie, ale jednak pomału wykluwa sie wreszcie idea zastąpienia ONZ przez sensowniejszą organizację, w której każdy członek będzie uznawał drugiego (dyplomatycznie i w ogóle). Ironia chce, że staje się tak przypadkowo, z zaskoczenia sytuacją w Libii, i mglistego charakteru akcji militarnej przeciwko Gaddafiemu, w której nie bardzo wiadomo, kto ją prowadzi, pod czyim dowództwem. Istnieje jednak szansa na powstanie swoistej organizacji, znacznie mniejszej od ONZu (i dobrze!), zrzeszającej na początek kraje zachodnie i arabskie.
Monday, March 14, 2011
Moralność Sztuki Uzgadniania (Art of Agreement)
Istnieje wiele różnych moralności. Nie ma żadnego sensu dyskutowanie, która moralność jest lepsza, a która gorsza (co by lepsza lub gorsza nie znaczyło - już tu jest pies pogrzebany, lub część jego szczątków). Natomiast miałyby sens ewentualne dyskusje nad konsekwencjami różnych "moralności", po czym można porównywać konsekwencje. Można na przykład się zastanawiać, która z moralności prowadzi do zasobniejszego społeczeństwa, mimo że pojęcie zamożności społeczeństwa jest złożone i może być różnie interpretowane (różni dyskutanci mogą mieć różne priorytety ekonomiczne).
Duch nakazów moralnych jest uniwersalny i stanowczy, ale rzeczywistość wymaga pewnych ograniczeń. Powszechnie na Zachodzie przyjęte jest przykazanie nie zabijaj!. Nawet samobójstwo jest uważane za przestępstwo lub grzech (gdy w Japonii honorowe samobójstwa były szanowane). Jednak większość ludzi nawet na Zachodzie, oraz chyba wszystkie kodeksy prawne, pozwalają atakowanemu i narażonemu na stratę życia (swojego lub innych) lub na kalectwo, zabić napastnika. Ba, można to w pewnych krajach uczynić nawet w przypadku rabunku (ochrony własności).
Przykazanie "nie zabijaj" jest skrajnym przypadkiem podstawowego nakazu Sztuki Uzgadniania:
nie przymuszaj
według którego żadna osoba ani grupa osób nie może przymuszać żadnej dorosłej, świadomej osoby - ani bezpośrednio-osobiście, ani poprzez akcje grupowe (jak głosowanie; chyba że wszyscy zainteresowani zgodzą się na głosowanie).
Chroni zasada nieprzymuszania tylko indywidualne osoby, a nie grupy i organizacje, ani żadne inne abstrakcje. (Nie należy się zgadzać na to, że opinia organizacji jest opinią jej członków; opinia organizacji jest oksymoronem, nie liczy się - liczy się tylko wola jednostek).
Przymuszanie powinno budzić zarówno w osobie przymuszanej, jak i przymuszającej, jak i w postronnych, uczucie obrzydzenia. Przymuszanie jest podłością.
Sztuka Uzgadniania i nakaz moralny nieprzymuszania nie stosuje się do tych, którzy go nie uznają. Wtedy pozostaje konflikt, a nawet taka lub inna "wojna" (działania na niekorzyść drugiej strony).
Nakaz nieprzymuszania wymaga często twórczego wysiłku intelektualnego, którego celem jest znalezienie rozwiązań, unikających przymuszanie. Nie chodzi o dyskusje konfliktowe, retoryczne, po których następuje powiedzmy głosowanie. Chodzi o poważny wysiłek, porównywalny czasem z tym, który wchodzi w najlepsze prace doktorskie. Decyzje społeczne i ekonomiczne mają ogromny wpływ na życie ludzkie, ale podejmowane są w wyniku gier politycznych, przemocy, manipulowania... Publikacja naukowa ma na ogół bez porównania mniejszy wpływ bezpośredni na jakość życia społeczeństwa, a jednak intelektualnie jest bez porównania bardziej serio niż wiele przepisów organizacyjnych, administracyjnych i paragrafów kodeksów prawnych. Przepisy administracyjne, itp., często dbają tylko o wygraną jednej ze stron, nie dbając o pozostałe.
Zgodnie ze Sztuką Uzgadniania, przy wszelkich projektach, działaniach, itd., zawsze punktem wyjścia musi być zasada nieprzymuszania, zawsze musi być przestrzegana. To ona ma kierować torem myślenia wszystkich stron, starających się podjąć pewną decyzję.
UWAGA W następnym odcinku napiszę o _praktyczności Sztuki Uzgadniania._ Wbrew odruchowi niewolników, Sztuka Uzgadniania jest w pełni pragmatyczna. Pragmatyczność jest częścią Sztuki Uzgadniania. Nawet ułamkowe wprowadzenie Sztuki Uzgadniania przyniosłoby ludziom i społeczeństwu ogromne korzyści duchowe i materialne.
Duch nakazów moralnych jest uniwersalny i stanowczy, ale rzeczywistość wymaga pewnych ograniczeń. Powszechnie na Zachodzie przyjęte jest przykazanie nie zabijaj!. Nawet samobójstwo jest uważane za przestępstwo lub grzech (gdy w Japonii honorowe samobójstwa były szanowane). Jednak większość ludzi nawet na Zachodzie, oraz chyba wszystkie kodeksy prawne, pozwalają atakowanemu i narażonemu na stratę życia (swojego lub innych) lub na kalectwo, zabić napastnika. Ba, można to w pewnych krajach uczynić nawet w przypadku rabunku (ochrony własności).
Przykazanie "nie zabijaj" jest skrajnym przypadkiem podstawowego nakazu Sztuki Uzgadniania:
nie przymuszaj
według którego żadna osoba ani grupa osób nie może przymuszać żadnej dorosłej, świadomej osoby - ani bezpośrednio-osobiście, ani poprzez akcje grupowe (jak głosowanie; chyba że wszyscy zainteresowani zgodzą się na głosowanie).
Chroni zasada nieprzymuszania tylko indywidualne osoby, a nie grupy i organizacje, ani żadne inne abstrakcje. (Nie należy się zgadzać na to, że opinia organizacji jest opinią jej członków; opinia organizacji jest oksymoronem, nie liczy się - liczy się tylko wola jednostek).
Przymuszanie powinno budzić zarówno w osobie przymuszanej, jak i przymuszającej, jak i w postronnych, uczucie obrzydzenia. Przymuszanie jest podłością.
Sztuka Uzgadniania i nakaz moralny nieprzymuszania nie stosuje się do tych, którzy go nie uznają. Wtedy pozostaje konflikt, a nawet taka lub inna "wojna" (działania na niekorzyść drugiej strony).
Nakaz nieprzymuszania wymaga często twórczego wysiłku intelektualnego, którego celem jest znalezienie rozwiązań, unikających przymuszanie. Nie chodzi o dyskusje konfliktowe, retoryczne, po których następuje powiedzmy głosowanie. Chodzi o poważny wysiłek, porównywalny czasem z tym, który wchodzi w najlepsze prace doktorskie. Decyzje społeczne i ekonomiczne mają ogromny wpływ na życie ludzkie, ale podejmowane są w wyniku gier politycznych, przemocy, manipulowania... Publikacja naukowa ma na ogół bez porównania mniejszy wpływ bezpośredni na jakość życia społeczeństwa, a jednak intelektualnie jest bez porównania bardziej serio niż wiele przepisów organizacyjnych, administracyjnych i paragrafów kodeksów prawnych. Przepisy administracyjne, itp., często dbają tylko o wygraną jednej ze stron, nie dbając o pozostałe.
Zgodnie ze Sztuką Uzgadniania, przy wszelkich projektach, działaniach, itd., zawsze punktem wyjścia musi być zasada nieprzymuszania, zawsze musi być przestrzegana. To ona ma kierować torem myślenia wszystkich stron, starających się podjąć pewną decyzję.
UWAGA W następnym odcinku napiszę o _praktyczności Sztuki Uzgadniania._ Wbrew odruchowi niewolników, Sztuka Uzgadniania jest w pełni pragmatyczna. Pragmatyczność jest częścią Sztuki Uzgadniania. Nawet ułamkowe wprowadzenie Sztuki Uzgadniania przyniosłoby ludziom i społeczeństwu ogromne korzyści duchowe i materialne.
Negocjacje - idea Richarda Kautha
Powiedzmy, że strona układająca się A życzy sobie rozwiązania [;\alpha;], a strona B nalega na [;\beta;]. Richard Kauth zaproponował następującą metodę rozstrzygnięcia sporu. Każda ze stron ofiaruje drugiej pewną sumę pieniędzy za przyjęcie jej rozwiązania. Strona, która zalicytuje więcej pieniędzy, da tę sumę drugiej, a w zamian uzyska zgodę na swoje rozwiązanie.
Gdy tę ideę usłyszałem, to z miejsca miałem intuicyjne obiekcje. Szereg ich wyraziłem. Dick przyjaźnie zapewnił mnie, że chce słyszeć wszelkie argumenty, że chce, żeby jego ideę udoskonalać, wzbogacać.
Z drugiej strony sam czułem, że idea Dicka ma w sobie złote ziarno.
Między innymi idea Kautha proponuje zastępować polityczne głosowania nad ustawami przez licytację Kautha. W przypadku głosowań, jedno stronnictwo zyskuje, a pozostale są przegrane. W przypadku licytacji Kautha każdy coś traci i zyskuje, a wygrywa ten, który chce (i może!) najmocniej, który jest gotów za swoją wygraną zapłacić.
Gdy tę ideę usłyszałem, to z miejsca miałem intuicyjne obiekcje. Szereg ich wyraziłem. Dick przyjaźnie zapewnił mnie, że chce słyszeć wszelkie argumenty, że chce, żeby jego ideę udoskonalać, wzbogacać.
Z drugiej strony sam czułem, że idea Dicka ma w sobie złote ziarno.
Między innymi idea Kautha proponuje zastępować polityczne głosowania nad ustawami przez licytację Kautha. W przypadku głosowań, jedno stronnictwo zyskuje, a pozostale są przegrane. W przypadku licytacji Kautha każdy coś traci i zyskuje, a wygrywa ten, który chce (i może!) najmocniej, który jest gotów za swoją wygraną zapłacić.
Sunday, March 13, 2011
Priorytet moralności
Czy może punktem wyjścia programu politycznego być na przykład ekonomia? Lub porządek społeczny?
Uważam, że nie. Uważam, że punktem wyjścia musi być moralność. W przeciwnym wypadku ekonomia i porządek społeczny są sprawami mocno podejrzanymi. Skoro chcę programu dla ludzi, to jest to równoważne dla mnie z wymaganiem najwyższej moralności. Bez niej ekonomia i porządek i inne często głoszone jako pożądane atrybuty społeczne są funta kłaków nie warte.
I tak uważam, że droga do zamożności społeczeństwa prowadzi przez moralność, a bez niej dobrobyt społeczny jest niemożliwy.
Rozlegną się głosy o nieokreśloności i relatywności moralności. Zgodnie ze Sztuką Uzgadniania określę moralność prosto, minimalnie, w sposób podstawowy (patrz następny odcinek tego bloga).
W każdym razie niezmiernie ważnym jest uznanie priorytetu moralności we wszelkich rozważaniach społeczno-politycznych.
Uważam, że nie. Uważam, że punktem wyjścia musi być moralność. W przeciwnym wypadku ekonomia i porządek społeczny są sprawami mocno podejrzanymi. Skoro chcę programu dla ludzi, to jest to równoważne dla mnie z wymaganiem najwyższej moralności. Bez niej ekonomia i porządek i inne często głoszone jako pożądane atrybuty społeczne są funta kłaków nie warte.
I tak uważam, że droga do zamożności społeczeństwa prowadzi przez moralność, a bez niej dobrobyt społeczny jest niemożliwy.
Rozlegną się głosy o nieokreśloności i relatywności moralności. Zgodnie ze Sztuką Uzgadniania określę moralność prosto, minimalnie, w sposób podstawowy (patrz następny odcinek tego bloga).
W każdym razie niezmiernie ważnym jest uznanie priorytetu moralności we wszelkich rozważaniach społeczno-politycznych.
Sztuka uzgadniania, brudnopis, buzz
Niech ten blog służy za brudnopis dla mojej "Art of Agreement" czyli "Sztuki uzgadniania".
Zamierzam przesyłać zawartość tego blogu na buzz. Łatwiej się pisze mając przed oczyma konkretnego czytelnika, nawet jeżeli wirtualnego i nieczytającego Cię.
Zamierzam przesyłać zawartość tego blogu na buzz. Łatwiej się pisze mając przed oczyma konkretnego czytelnika, nawet jeżeli wirtualnego i nieczytającego Cię.
Subscribe to:
Posts (Atom)