Wednesday, March 23, 2011

Libijski luty/marzec 2012

Dziedziny działalności ludzkiej maja swój język, który pozwala je opisywać, dyskutować, formułować decyzje (akcje, "rozwiązania", ...). Czy się chce czy nie, dla każdej szerszej i zaawansowanej dziedziny musi powstać jej język. Niestety, tenże język często jest pułapką-więzieniem intelektualnym, ograniczającym zrozumienie, ograniczającym wyobraźnię, skazującym na same złe rozwiązania, uniemożliwiającym znalezienie rozwiązania adekwatnego.




Raz jeszcze stało się jasnym w ostatnim okresie, że traktowanie polityki jako gry w klocki zwane państwami jest podstawowym błędem, o którym traktuje paragraf powyżej. Język "klocków" powinien być odrzucony. Powinien być zastąpiony językiem traktującym dobro ludzi, a nie abstrakcyjne, fikcyjne dobro państw.

Ludzie żyjący w krajach demokratycznych raz na zawsze powinni przyjąć, a nawet wstawić to do swoich konstytucji, że będą traktować ludzi innych krajów tak samo jak siebie. Wynikać ma stąd, że rządy krajów demokratycznych mają liczyć się nie z rządami krajów autokratycznych i totalitarnych, lecz z ludnością takich krajów. Rządy demokratyczne mają obowiązek traktować dyktatorów i ich otoczenie tak jak oni na to zasługują, czyli jak kryminalistów. Itd. Taki stosunek do ludzi i rządów powinien być kompasem polityki zagranicznej krajów demokratycznych.




Sytuacja w polityce międzynarodowej w tych dniach jest dramatyczna, niejasna, ironiczna, budzi zarówno trwogę jak i nadzieję.

Nie chodzi o tragedię Japonii, która dzielnie reaguje na trzęsienie Ziemi 9.0, tsunami, i na koniec groźne awarie elektrowni atomowej. Oby wyszła z tych doświadczeń silniejsza.

Chodzi o sytuację w krajach arabskich i muzułmańskich, a zwłaszcza o Libię. Ironia polega na tym, że akurat Liga Arabska i Francja - dotąd nie znane z jakiejkolwiek wrażliwości na cierpienia prześladowanych ludzi i działaczy opowiadających się za demokracją - pierwsze wystąpiły o powstrzymanie Gadaffiego, o stworzenie strefy bez lotów (no fly zone), i o wsparcie militarne opozycji. Następnie ONZ wydał rezolucję, uchwalającą strefę bez lotów + użycie wszelkich środków dla zapewnienia bezpieczenstwa ludności cywilnej Libii. ONZ także nałożył sankcje ekonomiczne na Libię, co jest jakimś nonsensem w kontekście sytuacji wymagającej szybkiej reakcji i szybkich skutków. Raczej należy mówić o blokadzie.

Być może już są znane konkretne, explicite, powody, dla których Francja i Liga Arabska wyskoczyła tak nietypowo dla siebie. Jak nie, to chyba będą o tym pisać za miesiąc, za pół roku, za kilka lat, ale mało kto przeczyta. Jasnym jest, że szalony Gaddafi stał się zagrożeniem interesów francuskich i Ligii Arabskiej.

Na koniec wystąpiły Stany, i właśnie Stany mają główny wkład w akcje militarne przeciwko Gaddafiemu. Reakcja Stanów też łączy się z ironią i pewnym chaosem. Gdyby przynajmniej Prezydent Obama i jego administracja (Hillary Clinton, generałowie amerykańscy, ...) mówili mniej, to możnaby jakoś tam mówić o świadomej polityce. Ale mniejsza o wte i we wte paplanie na najwyższym poziomie. Samym akcjom towarzyszą zasadnicze pytania. Przede wszystkim chodzi o czas. Jeżeli w ogóle takie akcje się podejmuje, to krytycznym jest, żeby podjąć je we właściwym momencie. Czasem należy zwlekać, ale w danym przypadku akcja militarna była potrzebna, i miałaby znacznie istotniejszy pozytywny wpływ (i większy efekt militarny), gdyby nastąpiła o miesiąc wcześniej.

Istnieje też niezwykle ważny aspekt łączenia polityki zagranicznej i wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. Siła tego połaczenia opiera się na tym, że prezydent proponuje swoje rozwiązania, a ratyfikuje je Kongres USA. W przeszłości prezydenci amerykańscy naruszali tę zasadę więcej niż raz. Tym razem naruszył ją obecny prezydent, i to demonstracyjnie, bo jakby się słuchał ONZu, zamiast konsultować z amerykańskim Kongresem. Z pwodu tego rażącego naruszenia amerykanskiej konstytucji, szereg kongresmanów, w tym demokraci, rozpatrują - raczej teoretycznie, ale poważnie - możliwość impeachment Obamy. Wspomnę, że (jeden z) najbardziej znany(ch) libertarianów amerykańskich uważa stanowczo, że wszelkie amerykańskie akcje militarne, nie będące odpowiedzią na militarny atak na Stany, są szkodliwe i wbrew konstytucji Stanów, a szczególnie gdy prowadzone są bez uprzedniej zgody Kongresu. Raz jeszcze Obama pokazał, że bardziej się liczy z autokratami trzeciego świata, niż ze swoim krajem. Jest to jedna więcej ironia, bo sprawy ułożyły się całkiem nieźle po linii jego polityki, co w innych warunkach mógłby uznać za swój osobisty sukces (nawet jeżeli tylko przypadkowo akurat tak się stało, a nie inaczej, bez żadnego przewidzenia rozwoju wypadków).

Z tym impeachment Obamy w kontekście Libii to też satyra, bo to przewinienie-nie przewinienie jest pestką w porównaniu z innymi, jednoznacznie i poważnie szkodliwymi. A tu na dodatek wciąż nie widać przekonującego kandydata na zastąpienie Obamy w roku 2012. Niby prawie nigdy nie widać, ale to słaba pociecha, jak i to że trudno już o gorszego, niszczącego Stany prezydenta. Co prawda, gdyby Obama został ponownie wybrany, to Republikanie zawładnęliby obiema izbami, i demokracja dalej jakoś tam mizernie, ale człapałaby sobie.




Niepokój budzi możliwość zwiększenia wpływów organizacji terrorystycznych. W taką otwarcie może się przekształcić na przykład Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, które dziś taktycznie odstawia niewiniątków. Drastycznym i źle wróżącym alarmem był bestialski gwałt dokonany przez egipski motłoch opozycyjny (zdawałoby się demokratyczny) na reporterce amerykańskiej.

Z drugiej strony nie widzę w tv, żeby tłumy miały nastawienie anty-amerykańskie, żeby wznosiły znacząco hasła anty-izraelskie, ... To może się niestwty zmienić z dnia na dzień, ale mimo wszystko powstaje nadzieja, że coś sie w krajach arabskich i muzułmanskich jednak zmienia, że w większym stopniu zajmują je obecnie sprawy konstruktywne, a nie nienawiść.




Nieco przypadkowo, chaotycznie, ale jednak pomału wykluwa sie wreszcie idea zastąpienia ONZ przez sensowniejszą organizację, w której każdy członek będzie uznawał drugiego (dyplomatycznie i w ogóle). Ironia chce, że staje się tak przypadkowo, z zaskoczenia sytuacją w Libii, i mglistego charakteru akcji militarnej przeciwko Gaddafiemu, w której nie bardzo wiadomo, kto ją prowadzi, pod czyim dowództwem. Istnieje jednak szansa na powstanie swoistej organizacji, znacznie mniejszej od ONZu (i dobrze!), zrzeszającej na początek kraje zachodnie i arabskie.

No comments:

Post a Comment