W szkołach publicznych nikomu nie zależy na uczeniu. Jednym zależy na pensji, innym na polityce, itd. W Stanach szkoły opanowały unie, i wtedy sytuacja nauczyciela w szkole zależy od stażu przynależenia do unii, a nie od tego jak uczy. I tak nikt nie wie, co to znaczy "dobrze uczyć", poza trywialnościami, jak przyjdź do klasy na czas, nie opuszczaj lekcji, itd.
Prywatnej szkole zależy na dobrych wynikach, by przyciągać biznes. Prywatna szkoła dobrze wie, kiedy dobrze uczy - mianowicie, kiedy dobrze zarabia, co na dłuższą metę jest dobrym przybliżeniem dobrego uczenia.
Wpadła mi do głowy jedna więcej biznesowa idea, więc w ramach brainstorming podzielę się nią.
Właściciele kilku sąsiednich osiedli powinni z korzyścią dla siebie zafundować szkołę. Kontrolowaliby ją, ale zależałoby im na wysokim poziomie szkoły, bo taka szkoła przyciągałaby rodziny, wynajmujące dla siebie mieszkania. Właściciele mogliby mieszkańcom swoich osiedli dawać 20% zniżki za opłatę szkolną ich dzieci, chodzących do osiedlowej szkoły (rodzice spoza osiedli płaciliby za naukę swojego dziecka w osiedlowej szkole więcj niż rodzice, którzy mieszkaliby na jednym z osiedli).
Decydującym warunkiem powodzenia byłoby istnienie konkurencji. Szkoła osiedlowa nie powinna monopolizować nauczania dzieci w swoim rejonie. W zdrowym systemie politycznym, słaba szkoła osiedlowa prowokowałaby do założenia szkół konkurencyjnych lub konkurencyjnego sposobu nauczania - powiedzmy kilka rodzin wynajmowałoby nauczyciela dla grupki swoich dzieci, oraz uczyliby sami rodzice (podoba mi się taki system, gdy znajdą się odpowiedni nauczyciele-amatorzy wśród rodziców).
To tyle w skrócie. Zawsze powinno być w takich działalnościach miejsce na lokalną filantropię, czynioną z otwartymi oczami.
No comments:
Post a Comment